O szukaniu siebie w nowej roli
Pisanie. Pisanie wymaga obecności. Pisanie zmusza do spotkania się ze sobą — także z tym, co niewygodne, nieoczywiste, nieoswojone. Czasami mam wrażenie, jakbym na chwilę traciła siebie. Czasami pojawia się lęk: czy jeszcze kiedyś napiszę kolejne zdanie? Czy odważę się pociągnąć słowa tak, by ułożyły się w wersy, linie, akapity? Czy wrócę do tej części mnie, która w pisaniu jest żywa, swobodna, nieprzywiązana pętlą „ja terapeutka”? A może właśnie bardziej zintegrowana — świadoma swoich granic, zasobów i ograniczeń.
Uczę się słyszeć swój głos w roli, która wciąż jest dla mnie stosunkowo nowa. Wiem, co mi pomaga. Pamiętam o mikrokroczkach, o tym, że czasem krok do tyłu jest wspierający i potrafi odblokować to, co zatrzymane. A jednak nadal się szukam. Nawiguję po terenie, który znam z teorii, praktyki, własnej terapii, ale który wciąż mnie zaskakuje, bo przecież dotyczy żywego człowieka — mnie i drugiej osoby.
Piszę „byłam uczona”, ale zatrzymuję się przy tym zdaniu. Ono brzmi tak, jakby ktoś wlewał we mnie wiedzę, a ja biernie siedziałabym z otwartym zeszytem. A przecież tak nie było. To był proces aktywny, wymagający, czasem bolesny, czasem piękny. Jestem wdzięczna sobie, moim nauczycielom, osobom, które towarzyszyły mi na tej drodze. Cztery lata szkoły, egzaminy, książki — to tylko czubek góry lodowej. Pod powierzchnią jest to, co najważniejsze: własna terapia, nieustanne zaglądanie do środka, sprawdzanie, na ile mogę sobie zaufać. Uczenie się, kiedy powiedzieć, kiedy zatrzymać, kiedy nazwać, kiedy skonfrontować, a kiedy ujawnić się ze swoją prawdą. Jak nie tracić to co najważniejsze czyli że przede mną siada jedyny w swoim rodzaju człowiek ze swoją złożonością. A jednocześnie mieć świadomość że diagnoza jest równie ważna- jednak nie może mi przysłonić człowieka. Jest we mnie część, która mocno stąpa po ziemi i potrzebuje solidnych fundamentów, badań, wiedzy i ciągłego uczenia się. Lubię i cenie sobie te cześć mnie- to ona siada czasem do książki i wczytuje się tak bardzo, że nie jest w stanie oderwać się póki nie skończy.
To także poznawanie własnej historii i łączenie kropek, które pokazują, jak mnie ukształtowała. Świadomość zasobów i ograniczeń. Ran, które mają już cienką warstwę ochronną — delikatną, ale wystarczającą. Świadomość, że będzie przyjemnie i będzie bolało. Że życie będzie się wydarzać, niezależnie od tego, jak bardzo chciałabym je czasem zatrzymać.
Próbuję godzić we mnie terapeutkę — rolę, funkcję, odpowiedzialność — z moim człowieczeństwem. I tu kropki zaczynają pasować, bo dobrze, żeby terapeuta był człowiekiem. Tylko… jakie aspekty tego człowieczeństwa odsłonić? Co pokazać, co zapisać, czym się podzielić? Co wnosi do kontaktu, a co jest tylko moją potrzebą? Z jakiego miejsca płynie impuls, by coś ujawnić? To pytania, które stawiam sobie nieustannie — w gabinecie i nad czystą kartką.
Wiem jedno: AI nie zabierze mi pisania. Człowieczeństwo jest kompetencją przyszłości. Chcę je wnosić do gabinetu i na czyste kartki papieru. Jestem najbardziej człowiecza, kiedy piszę. A to człowiecze bywa niezdarne, koślawe, wątpiące, czasem wymądrzające się, ale częściej po prostu poruszone jakimś wersem, który dotknął czegoś głęboko. Moje człowieczeństwo jest kreatywne, spontaniczne, żywe, bawiące się, płaczące, złoszczące się — i jeszcze wiele innych emocji. Jest pytające ale też wiedzące.
I teraz jestem w miejscu, w którym sprawdzam, na ile mogę odsłonić to człowieczeństwo. Na ile mogę być psychoterapeutką z krwi, kości i wątpliwości. Na ile mogę dzielić się moim światem, jednocześnie pilnując granic prywatności. To dla mnie ważne. Niektóre światy zostawiam dla nielicznych. Inne — tylko dla siebie. Są też takie, którymi chcę się dzielić. I nie chcę zatracić świata żywego, prawdziwego, surowego. Tego, który trzeszczy, płynie, zmienia się, a w głębi pozostaje spójną, bezpieczną bazą, zdolną pomieścić huragany, mżawki i słoneczne dni.
Siebie takiej chcę. I myślę, że to kolejny etap integrowania mnie-terapeutki. Roli, która jest dla mnie ogromnie ważna. Roli, która czasem przygniata i szyje nici zwątpienia: czy wystarczę taka, jaka jestem? Jest we mnie dużo pokory i pragnienia, by być użyteczną. A jednocześnie — trochę ze mnie biedroneczka, jak powiedziała kiedyś ważna dla mnie kobieta. Uśmiecham się, bo jeśli ona jest biedroneczką, to ja chyba jestem mróweczką. I w tym świecie natury próbuję siebie opisać, odnaleźć, nazwać. Czy nie o tym jest życie? W naturze wszystko ma swój czas i tempo dojrzewania. Pewnie bliżej mi do kiełka niż do drzewa, ale korzenie mam mocne. Mogę siebie opisywać na nowo, poznawać, doświadczać. Uczynić życie swoim własnym — innego nie będzie.
A więc rozkokosić się w nim.
Zaparzyć herbatę.
Być obecną.
I jeszcze jedno — granice. Na razie chyba ich dla siebie szukam. Jestem ostrożna. Czasem po stokroć sprawdzam, czy to, co chcę powiedzieć, naprawdę wnosi. Na ten moment moje granice są jak mury — chronią, ale czasem utrudniają ruch, bo wciąż uczę się pewności własnych kroków. Czy będzie za dużo, czy za mało. Czy aby…?
Może ten tekst poszerzył tę granicę choć odrobinę. Jakby zrobiło się więcej przestrzeni i wolności.
Można oddychać — jest dobrze.
Można szukać — jest jeszcze lepiej.
Psychoterapeutka in spe
Człowiek, kobieta
Kinga